Tej pani już dziękujemy
Ochotę na "Happy-Go-Lucky" miałam już od jakichś dwóch miesięcy, bo recenzje miało świetne. W tym tygodniu film wreszcie zawitał do Rzeszowa, więc cała radosna wybrałam się do kina. Choć troszkę się obawiałam, mając w pamięci "Amelię", nad którą krytycy i publiczność rozpływali się w zachwytach, a która dla mnie była koszmarnie infantylna. Ale - myślę sobie - to przecież jeszcze nie znaczy, że wszystkie filmy z założenia radosne muszą być kiepskie. Cóż, może nie muszą...
Główną bohaterką "Happy-Go-Lucky" jest Poppy, wiecznie roześmiana, zadowolona z życia i starająca się wszystkich zarażać swoim dobrym humorem trzydziestolatka. Wygląda na to, że zamysłem twórcy, Mike'a Leigh, było zarażenie z kolei nas, widzów, jej optymizmem i radością.
Zastanawiam się, jakiego słowa użyć na określenie Poppy, żeby nie było to słowo powszechnie uznawane za obraźliwe. Powiedzmy, że jest drażniąca i nachalna, przy każdej okazji musi rzucić jakąś uwagę, żarcik, zaczepkę. Nie przepuści żadnej napotkanej osobie. Osobiście takich ludzi nie znoszę. I świetnie rozumiem pana w księgarni (w jednej z pierwszych scen filmu), który usilnie stara się ignorować klientkę, która uparła się, żeby go zmusić do rozmowy. Nic tak nie denerwuje człowieka, który nie ma ochoty rozmawiać z kimś obcym, jak pytanie: "co, kiepski dzień?" czy zdziwione "przecież nie gryzę!" w odpowiedzi na brak reakcji. Czy człowiek, na litość boską, ma rozmawiać z każdym, kto nie gryzie? Czy to jakiś obowiązek, czy niechęć do tego to powód, żeby na odchodnym robić w jego stronę głupie miny ("och, jaki jesteś nudny i dziwny, że nie chcesz ze mną rozmawiać")?
Pod koniec filmu bohaterka tłumaczy, że ona po prostu chce wnieść w życie innych uśmiech. W porządku. Ale czy nie można grzecznie? Nie można po prostu z uśmiechem życzyć sprzedawcy miłego dnia? Czy koniecznie trzeba na siłę? Czy nie można uszanować nastroju czy potrzeby dystansu drugiej osoby?
I czy nie można dostosować żartów do osoby i sytuacji? Czy bohaterka musi się śmiać na głos i rzucać seksualne aluzje nawet wysłuchując na pierwszej lekcji jazdy do czego służą pedały w samochodzie? Świetnie rozumiem filmowego pana instruktora, którego szlag trafiał i który domagał się, aby bohaterka choć przez chwilę zachowywała się jak dorosła.
Ogólnie mam wrażenie, że wszystkich w tym filmie świetnie rozumiem, z wyjątkiem samej Poppy. Owszem, trzeba jej przyznać, że w sytuacjach naprawdę poważnych potrafi zachować się normalnie, a wręcz z taktem i wyczuciem (np. w przypadku rozmowy z uczniem z problemami). Szkoda tylko, że korzysta z tej umiejętności tak rzadko.
Moim zdaniem nie ma w tym filmie nic z tak zachwalanej delikatności, nienachalności, z naturalnego zarażania widza dobrym humorem.
Jest w nim za to pewien paradoks. Jeśli założymy, że postać Poppy miała być przykładem do naśladowania, to dziwny to przykład. Gdy bowiem weźmiemy pod uwagę kontakt Poppy z osobami wcześniej jej nieznanymi, otrzymujemy mało korzystny bilans. Dwie osoby potraktowane jej "optymizmem" zareagowały na nią negatywnie. Zaś polubiła ją osoba, której na początku dała się poznać bez tych swoich "śmichów-chichów". Zastanawiające, prawda?
Podtytuł filmu brzmi: "co nas uszczęśliwia". Otóż moim zdaniem film świetnie pokazuje, chyba wbrew założeniom, że na pewno nie jest tym czymś nic, co jest robione na siłę, nachalnie i z zupełnym pominięciem uczuć i potrzeb osoby uszczęśliwianej.
Ja bardzo proszę, żeby mnie w ten sposób nie uszczęśliwiać.
verdiana
O, to, to!! Mówiłam kociowi prawie to samo i mi nie wierzył. ;) Poppy jest infantylna do bólu. Gorsza od Bridget Jones. Zupełnie nie do zniesienia!
krasnal
Ja właśnie poszłam m.in. z polecenia kocia. Widziałam Twoją krótką recenzję, ale postanowiłam spróbować. A teraz kocio został niniejszym przegłosowany;)
Co do znośności - ja miałam problem, P., z którym byliśmy w kinie, wydał prawie okrzyk radości, jak się film skończył. A dwie osoby w ogóle wyszły z kina w połowie;)
korniszon
Wiesz co? A mi się ten film podobał. :)
Happy-go-lucky to, jeśli się nie mylę, tyle co beztroski. Może w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie brać wszystkiego na poważnie, nie przejmować się? Poppy jest przerysowaną, przesadzoną osobą, ale to pewnie celowe.
Pan instruktor był totalnym przeciwieństwem, jakiś sfrustrowany maniak upatrujący we wszystkim światowego spisku przeciwko ludzkości. (swoją drogą, to nie uważacie, ze jak mówił jego twarz była wręcz demoniczna? i te brązowe ząbki na przedzie. enracha! ;) )
Skonfrontowane te dwie postawy pokazują, jak mi się wydaje, że takie niefrasobliwe podejście sprawia, ze ja czuję się dobrze, ale otoczenie reaguje dziwnie. Właściwie to wnioski mogą być smutne i już nie tak infantylne jak Poppy.
A, jeszcze, pamiętasz ostatnią scenę na jeziorku? Nie chcę spoilerować , ale myślę, ze ona godzi i mój, i Twój odbiór tego filmu.
Ale, podkreślam, podobał mi się! Jest remis? :))
krasnal
Ostatnia scena moim zdaniem o tyle nie godzi naszych odbiorów, że właśnie nie zgadzam się ze sposobem, w jaki bohaterka realizuje swoje założenie. Choć samo w sobie jak najlepsze. Zdecydowanie przychylam się do słów Zoe w tym dialogu. A jego przebieg moim zdaniem pokazuje, że według twórcy to Poppy miała rację; wątpliwości Zoe zostały "skontrargumentowane".
Happy-Go-Lucky to owszem, beztroski. Tylko że dla mnie to słowo wcale nie ma pozytywnego znaczenia, a przynajmniej jego polski odpowiednik. Jest w tym słowie coś egoistycznego, tak jak w bohaterce - ja mam świetny humor, więc wszyscy dookoła też powinni, albo ich olać. To jest to, o czym piszesz - ja czuję się świetnie, ale otoczenie nie bardzo. No i taka postawa mi się nie podoba. Owszem, ja świetnie rozumiem chwile głupawki (szczególnie przedegazminacyjnej;), albo bycia wstawionym. Ale jak ktoś się zachowuje tak cały czas, niemal bez względu na okoliczności i innych ludzi - to już naprawdę nie jest fajne.
Zwłaszcza, że odniosłam wrażenie, że Poppy traktuje osoby, które nie podchwytują jej żartów, jakoś z góry, jako jakieś dziwne. Owszem, pan instruktor był dziwny - ale to z niego wyszło dopiero po jakimś czasie, jak zaczął pokazywać siebie, a nie tylko reagować na Poppy.
Podobał mi się moment, kiedy na samym początku Poppy nie rozpacza nad stratą roweru i traktuje to jako okazję, żeby zrobić prawo jazdy. Dobre podejście. Ale już nienaturalne dla mnie było, że przeszła nad tym rowerem do porządku dziennego i obróciła sprawę w żart tak od razu. Normalny człowiek przeżywa w takiej sytuacji jakieś negatywne emocje - złość, żal, strach. A ona się tylko przez chwilkę lekko zasmuciła. Właściwie takie ciągłe "jechanie" na pozytywnych emocjach i takim nakręceniu - trąci zaburzeniami maniakalnymi;)
Może i postać miała być przerysowana. Ale moim zdaniem sprowadziło ją to do absurdu i zmieniło oddźwięk filmu w zdecydowanie negatywny. To już wolałam Amelię - o ile pamiętam, była delikatniejsza.
Co do pana instruktora - był świetny i demoniczny:) I widać przy okazji, jak dobrze na Poppy podziałało spotkanie kogoś jeszcze bardziej ześwirownego niż ona;) Dopiero wtedy przyszedł jakiś moment refleksji, tak mi się wydaje.
Tak sobie jeszcze myślę o tym założeniu Poppy, żeby wnosić w ludzkie życie uśmiech. Fajne, tylko z jednym ale - każdy mam prawo nie chcieć, żeby coś w jego życie wnosiła, ma prawo bronić swojej przestrzeni. Jak w tej lekcji flamenco - tupnąć i krzyknąć "my space!" Poppy nie potrafi tego zrozumieć, ani nawet uszanować. Bawi ją to, jako jakaś dziwna fanaberia ludzi.
Tak sobie myślę, że ten film tak mocno mnie zdenerwował, bo jestem osobą wrażliwą na punkcie naruszania mojej przestrzeni i prywatności bez mojej zgody i na siłę. I widząc na ekranie Poppy czułam się, jakby ktoś właśnie tę przestrzeń naruszał - poprzez zaprzeczanie prawu do jej posiadania i chronienia. Bardzo możliwe, że przez to odebrałam ten film jednostronnie. Ale podejrzewam, że nie jestem jedyna:)
Uff, znowu się spisałam;)
korniszon
Jak już napisali inni, niżej, ona nie ma wnosić tego uśmiechu w życie innych. Jest szczęśliwa i tego szczęścia nie kryje. Pełna jest tej beztroski w zdecydowanie pozytywnym, jak dla mnie, znaczeniu. Nie przejmuje się obojętnością czy krytycyzmem, nei daje się zniechęcić, nie daje się przytłoczyć troskami.
Przyznam, ze strasznie denerwował mnie śmieszek, który pojawiał się na końcu każdego jej wypowiedzenia, ale był on na swój sposób uroczy, dla niej charakterystyczny, jakby nie zawsze świat docierał do niej, tak jak ona nie zawsze jest rozumiana przez innych, gdzie nikt nie próbuje jej zrozumieć.
Wydaje mi się, ze w ostatniej scenie ona wcale nie "kontrargumentowała". Poppy zbyła to po swojemu, ona nie musiała nikomu udowadniać, że jej sposób bycia dla n i e j jest właściwy i to j e j ma pasować. Bo sama to wie i starczy. ;)
lamijka
Może dlatego nie rozumiesz Poppy, bo ona tylko pozornie chce uszczęśliwiać innych. Całe to uszczęśliwianie dotyczy jednak tylko niej. Nie da się innych uszczęśliwić, co pokazuje też ten film. Ale można samemu starać się być zadowolonym z życia. Nie zawsze jest po drodze z innymi. Poppy znalazła swoją formułę życia, bardzo odmienną od tego, co wciska nam popkultura. To nie jest Bridget Jones. Poppy jest jej przeciwieństwem. Miałam ambiwalentne odczucia w stosunku do tego filmu, ale po 2 miesiącach od jego obejrzenia nadal nie mogę się od niego uwolnić.
krasnal
Jeśli się wgłębiać w wewnętrzną motywację Poppy, to moim zdaniem ona z pewnością nie chce uszczęśliwiać innych. Ale chyba coś takiego sobie wmawia (patrz scena na jeziorze). Może w rzeczywistości chodzi o przymilanie się do ludzi, jak twierdzi Zoe. Poppy nie chce innych uszczęśliwić, ale chce, aby się do niej dostosowali. Ja odniosłam wrażenie, że to jest po prostu elementarne lekceważenie innych (chyba używam coraz mocniejszych słów, jak myślę o Poppy;). Owszem, znalazła swoją formułę życia, o czym bardzo fajnie mówi siostrze. Ale zabrakło mi w tej postaci szacunku do tego, że ktoś znalazł inną formułę. Albo nie znalazł - to też jego sprawa i jego prawo. Jak to ktoś ładnie powiedział: żyj, i daj żyć innym. U Poppy jest pierwsze, z drugim gorzej.
lamijka
Nie mogę się z Tobą zgodzić. Ona nikogo do niczego nie zmusza. Próbuje ludzi przekonać do swojej ścieżki, ale jak się nie udaje - daje spokój. Szacunek do innego stylu życia widać m.in. w scenie z ciężarną siostrą, która wyszła za mąż i urządza sobie domek gdzieś na przedmieściach.
Postać Poppy jest b. ciekawa. Ja jej nie rozważam w kategoriach osoby istniejącej, żyjącej gdzieś koło mnie, z którą mogłabym (chociaż raczej nie) się zaprzyjaźnić. To postać, to pewien model, ponadjednostkowe wzorce reagowania na świat, zachowania. Poppy jest krzykliwa, jakby chciała zagłuszyć to, co na tym świecie nieprzyjemne, jakby chciała swoją dobrą energią wypełnić świat. Świat jest delikatnie rzecz ujmując nie najlepszy z możliwych (do wyobrażenia), a ona stara się nie tracić w nim siebie. Siebie strasznie nie pasującej do świata. Siebie nonkonformistycznej. Siebie-dziecka. Cały czas się zastanawiam, dlaczego, choć nie polubiłabym Poppy tak prywatnie, to lubię ją jako postać. Może właśnie z powodu umiejętności bronienia siebie. Poppy jest egoistyczna. Ale w zdrowy sposób. Taki współczesny sposób dbania po pierwsze o siebie. Wg mnie to b. nowatorski film - takiej bohaterki jeszcze nie było. Nie, Amelia jest inna - zbyt bajkowa, zbyt wyalienowana, nieprawdziwa. Nota bene, "Amelię" polubiłam dopiero po 2. obejrzeniu filmu. Po pierwszym, wyszłam z kina zniesmaczona, że współtwórca "Delicatessen" i "Miasta zaginionych dzieci" mógł nakręcić tak banalny film. ;-)
krasnal
Może nie zmusza, zgoda. Ale narzuca się. Przypomnij sobie scenę w księgarni - ile razy próbuje zagadać tego biednego chłopaka za ladą, chociaż on wyraźnie nie ma ochoty? Chyba z siedem. Wychodząc z księgarni robi głupie miny, co ja na miejscu tego chłopaka odebrałabym jako naśmiewanie się - i tak odebrałam jako widz.
W scenie z ciężarną siostrą szacunek był, ale jakiś taki... Kiedy siostra oprowadza ją po ogrodzie, Poppy udaje zainteresowanie, niby stara się być uprzejma, ale za plecami śmieje się, znów robi te swoje głupie miny i gesty, jakby chciała reszcie pokazać - patrzcie, ale jaja, oglądamy sobie kwiatki, co za nuda. Wybucha śmiechem, kiedy szwagier mówi, jakie imię wybrali dla dziecka. Szacunek widzę u niej dopiero po tym, jak siostra zdenerwowana wybiega z pokoju. Sytuacja robi się poważna - wtedy Poppy potrafi sięgnąć do swojej empatii i taktu. A przy siostrze widać, że przynajmniej się stara jej nie zranić, bo ją kocha. Przy innych osobach nie.
Zgadzam się natomiast, że jako postać Poppy jest bardzo ciekawa - dawno mnie nikt tak nie zdenerwował;) I byłoby to w porządku, gdybym nie czuła, że przesłaniem filmu jest to, że ona jest taka fajna i super.
"Amelii" nie polubiłam za pierwszym razem i nie mam ochoty się przełamywać;)
oyumi
Oj, nie przesadzaj, ten chłopak za ladą chyba nie taki biedny. I nic mu złego Poppy nie zrobiła. Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby ukrywać swój dobry nastrój, żeby nie urazić innych. Tych zawsze wkurzonych, szukających wszędzie potwierdzenia, że wybrali najmądrzejszy styl życia.. Może to rzeczywiście inni mają problem. Oni też nie szukają w sobie pokładów empatii, żeby nie zepsuć humoru Pooppy. Dlaczego to ona ma dopasowywać się do ich frustracji?
Ja Poppy bardzo polubiłam. I uświadomiła mi, jak często utożsamiamy inteligencje z niezadowoleniem, krytykowaniem, cierpieniem. Moim zdaniem, obiektywnie, Poppy nie ma zbyt wielu powodów do narzekania. I zwyczajnie nie narzeka. Nie szuka problemów tam, gdzie ich nie ma. Po prostu cieszy się swoim normalnym życiem. Bo takie życie - to jak najbardziej powód do wielkiej radości.
krasnal
Ale dlaczego zaraz zakładasz frustrację tych osób? Instruktor - zgoda, sfrustrowany. Ale można po prostu nie lubić rozmawiać z nieznajomymi. Ja nie lubię, nawet jak mam dobry humor. A jak mam zły humor, to też niekoniecznie dlatego, że jestem ogólnie sfrustrowana życiem i zawsze wkurzona - po prostu akurat w tym momencie mam zły humor. Poza tym nie lubię wchodzić od razu od pierwszych minut w bliski kontakt. Potrzebuję czasu na oswojenie się, i nie z każdym mam ochotę skracać dystans. A jak ktoś naciska, to się zamykam, bo czuję, że narusza moją przestrzeń.
Nie chodzi mi o to, że Poppy powinna ukrywać dobry nastrój. Ale moim zdaniem jest po prostu nachalna. Każdy ma tę swoją przestrzeń inną i wcale nie musi to świadczyć o czyjejś frustracji. Może świadczyć choćby o introwertyzmie:) Za to bardzo cenne w kontaktach jest nauczenie się szanowania tej przestrzeni.
A dlaczego to Poppy powinna się dostosować? Bo jednak łatwiej jest pohamować się od zagadywania, niż zmuszać się do rozmowy, jak się nie ma na nią ochoty.
I czy nie ma jakiejś pośredniej opcji - albo narzekasz, albo śmiejesz na głos i żartujesz bez przerwy? Ja lubię tak normalnie, bez skrajności:)
No i na koniec - sfrustrowanym też się należy trochę szacunku:)
verdiana
Właśnie, wszędzie potrzebny jest umiar. Dobry humor? Super! W porządku! Ale niech go prezentuje NIEINWAZYJNIE! Jeśli jest inwazyjna, to innym szkodzi, tak samo jak szkodzi narzucanie tzw. modnego ostatnio pozytywnego myślenia. Narzucanie się psuje cudzy - choćby najlepszy - humor, a to już jest jawne i celowe szkodzenie. Dla mnie Poppy jest postacią negatywną, skrajnie niestety - właśnie poprzez swoje skrajne zachowanie, brak szacunku dla innych, nieliczenie się z nikim, zmuszanie innych do czucia tego samego co ona. Amelia, cokolwiek by o niej nie mówić, tak się nie zachowywała. ;)
oyumi
Zakładam frustrację - bo jeśli czyjś uśmiech czy żart tak mocno wyprowadzają bohaterów z równowagi - to wydaje mi się, że krucho z ich samopoczuciem.
Brałam kiedyś udział w naukowej obserwacji dotyczącej nawiązywania przelotnych więzi społecznych. Mówiąc po ludzku przyglądałam się jak się ludzie zagadują w sklepach spożywczych. I niemal zawsze podstawą było narzekanie - że ceny idą w górę, rząd nie ten, kryzys, okropna pogoda i banany już nie takie jak 20 lat temu. Poppy nie proponuje przecież obcym , że opowie o traumach z dzieciństwa czy fantazjach seksualnych. Po prostu zamiast oczekiwanego przekazu "świat jest straszny, prawda?'"mówi "życie jest piękne".
Nie wiem też dlaczego ma się powstrzymać od zagadywania i dostosować. Znam wielu ludzi, ktrórzy lubią być zagadywani). Ja lubię.
verdiana
Oyumi - nie uśmiech i żart, tylko NACHALNOŚĆ, narzucanie się, brak szacunku. Normalny człowiek nie reaguje na takie zachowanie z radością, to byłaby taka sama patologia jak te zachowania. ;)
Ja nie znoszę być zagadywana przez obcych. Jedyne, czego chcę od obcych, to żebym mnie zostawili w spokoju - to naprawdę tak dużo? No, chyba że ich polubię od pierwszego wejrzenia, to wtedy mogę z miejsca z nimi konie kraść. Ale Poppy nie należy do takich ludzi. I przy pierwszym sygnale, że komuś jej zagadywanie i inwazyjność się nie podobają, powinna natychmiast zostawić tego kogoś w spokoju, ze zwyczajnego szacunku. Niech się pastwi nad ofiarą, która to lubi. :P
Od razu powiem, że jednocześnie należę do osób, które się do innych uśmiechają na ulicy. I w Wawie większość ludzi odpowiada mi uśmiechem (bo w Krk już np. patrzą jak na idiotkę :P). I to jest fajne - bo NIEINWAZYJNE i niepozbawione szacunku do innych, nienachalne, nieingerujące w cudzą przestrzeń psychologiczną. Gdyby Poppy naprawdę chciała rozsiewać dobry humor, tak zwyczajnie, bezinteresownie - to właśnie tak by to robiła - nieinwazyjnie, nikomu tym nie szkodząc i w taki sposób, jaki jest DLA ODBIORCY najlepszy. A nie w taki, jaki jest najlepszy dla niej. Bo tak to jest zwyczajną nie tylko egoistką, ale egoistką nieznoszącą i nieszanującą innych. Ona tych innych nie bierze zwyczajnie pod uwagę. Tylko siebie.
krasnal
Jest dokładnie tak, jak pisze Verdiana. Mi nie chodzi o to, żeby w ogóle nie próbować do nikogo zagadywać. Ale nie być nachalnym. Scena w księgarni. Poppy zaczyna bardzo fajnie, zagaduje sprzedawcę czymś w stylu "jaki pan ma tutaj spokój i ciszę, nie to co za oknem". Tekst jak najbardziej w porządku, neutralny, sympatyczny. Ale chłopak nie odpowiada - i w tym momencie Poppy zamiast go zostawić w spokoju, naciska, zagaduje o humor, o coś jeszcze - jednym słowem jest po prostu nachalna!
A czy nie pyta od razu o fantazje seksualne? Niby nie. Ale na pierwszej lekcji jazdy pojawiają się chyba ze trzy aluzje seksualne. A to już można potraktować jako naruszanie czyjejś przestrzeni. Oyumi, Ty lubisz, jak facet na pierwszym spotkaniu, i to nie na randce, zaczyna gadać o seksie? Mimo że właśnie powiedziałaś coś neutralnego? Bo ja mam ochotę jeśli nie dać w twarz, to przynajmniej odwrócić się na pięcie i wyjść. A to przecież taka sytuacja była, tylko z odwróconymi rolami płciowymi.
oyumi
Zarzucacie Poppy egoizm, ale ona dla mnie nie jest bardziej egoistyczna niż reszta bohaterów. Scena w księgarni. Może Poppy nie jest mistrzynią powściągliwości, ale sprzedawcy też nie przyznałabym medalu za takt i empatię. Czy on ma jakiś wielki szacunek dla jej uczuć? Czy to takie normalne, że na sympatyczną uwagę "jak tu u pana miło" nie chce mu się otworzyć ust, żeby odpowiedzieć? Przecież nie chodzi o to, żeby został jej najlepszym przyjacielem, tylko o zwyczajne "dziękuję, rzeczywiście" czy "przepraszam, ale jestem zajęty", "to miłe, ale nie jestem w nastroju do rozmowy".
A czy instruktor bierze Poppy pod uwagę? Jego sposób bycia jest nieinwazyjny? A jej siostra, która wypomina jej, ze ma juz 30, a jeszcze nie ma męża i dziecka? Czy świat tak bardzo przejmuje się uczuciami Poppy? Ona myśli tylko o sobie? To ona patrzy na innych z góry? A wszyscy patrzą na nią z szacunkiem i zrozumieniem? Bez przerwy wczuwają się w jej stany psychiczne?
Ja nie odebrałam jej uwag jak molestowania seksualnego. Ona chyba śmiała się z samej takiej możliwości, a to coś chyba przeciwnego. To trochę tak jakby mówić, że South Park to film rasistowski. Dla mnie wszystko zależy od kontekstu. Co innego, gdy obcy facet chce cię klepnąć w tyłek, czy zwierzać ci się jaki to z niego ogier. Ale żart (jeśli mnie śmieszy) czy samo wspomnienie o seksie nie powoduje jeszcze, że czuję się zażenowana. Temat jak każdy inny, wielkie mi halo., seks - no czym tu się właściwie podniecać;-).
Mam 2 koleżanki, bardzo podobne do Poppy. Nie wiem czy chciałabym z nimi mieszkać pod jednym dachem, ale lubię się z nimi bawić. Czasem mnie irytują swoją krzykliwością i zaczynam kręcić nosem. Ale po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że także ze mną coś jest nie tak. Zaczynam wewnętrznie flaczeć i na starość życie ze mnie uchodzi. Strasznie mi dużo dają takie znajomości. Dawno nie widziałam tych dziewczyn, więc cieszę się, że trafiłam na Happy go lucky. Poppy nie jest do końca z mojej bajki, ale przypomniała mi o czymś dla mnie ważnym.
krasnal
Och, jasne, że inni w tym filmie też zachowują się nie do końca tak, jak powinni - ale to nie oni są głównymi bohaterami i to nie oni są "promowani" ;p
Molestowanie seksualne to oczywiście za duże słowo. Ale powiem Ci, że ja nawet takich żartów ze strony zupełnie obcych, w dodatku w sytuacji "służbowej", a nie towarzyskiej, nie lubię. I nie chodzi o jakieś szczególne tabu. Mogę sobie żartować na ten temat ze znajomymi. Ale, podkreślam, ze znajomymi. Jeśli ktoś przy pierwszym spotkaniu od razu zaczyna od takich tekstów, zwłaszcza, jeśli jest przeciwnej płci, to mnie to wkurza - ja tu o czymś mówię, a ten mi tu, ni z gruszki ni z pietruszki, zaraz z seksem wyskakuje!
Ale o co mi chodzi przede wszystkim - ja się nie upieram, że Poppy w ogóle wszystko robiła źle i nigdy nie powinna się tak zachowywać. Ty lubisz osoby podobne do niej - i w porządku. I nie trzeba mi udowadniać, że są osoby o upodobaniach innych niż moje. Mówię o sobie dlatego, że jestem PRZYKŁADEM osoby, którą zachowanie Poppy może bardzo drażnić. Ja się cały czas czepiam jednej rzeczy - Poppy nie zmienia swojego zachowania nawet wtedy, kiedy widzi, ze komuś ono wybitnie przeszkadza - nie potrafi tego uszanować. Głównie o szacunek cała rzecz się rozbija.
A że innym też go brakuje? No też. Ale ich ten film krytykuje, a Poppy nie.
moremore
Egoizm ? Naśmiewanie się ? Brak szacunku ? Kiedy na litość ? Scena w ogrodzie, o jakiej piszesz Krasnalu ? Uwierz mi, chyba jednak wszystko zależy od perspektywy spojrzenia, ja nic takiego nie zauważyłam, zraził mnie natomiast sposób, w jaki młoda żonka komenderowała swoim facetem, jak postawiła na baczność gości i współczułam jej, kiedy niemal doznała szoku, sama sobie przyznając, że być może coś nie gra w tej pięknej układance "na lewo salon, na prawo jadalnia", że coś się jej po drodze zgubiło. Obcowanie z kimś takim jak Poppy jest niemal jak wbiegnięcie pod spryskiwacz ogrodowy, nagle przypominasz sobie, że prawdziwy śmiech, to taki do bólu brzucha, że świetnie jest mieć szeroko otwarte oczy, pozbyć się tej przyjętej przez wygodę rezerwy, kichać na dystans. Wiesz, ta przestrzeń, (o jakiej pisałaś tyle razy, że mam wrażenie, bardzo jest Ci potrzebna, jak jakiś rodzaj tarczy:)), nie sądzę, żeby Poppy tak inwazyjnie ją naruszała, ostatecznie można zawsze zignorowąć taką próbę nawiązania kontaktu. Każdy ma tę strefę nieco inną, większą lub mniejszą, ja się także uśmiecham do ludzi, pozwalam im czasem naruszyć moją granicę, wchodzę w ich rytm, kiedy nie kosztuje mnie to zbyt wiele ponad lekką rozmowę, podzielenie się uwagami, żart. Zupełnie nie rozumiem Twojego oburzenia, natomiast wiele razy nachodziła mnie refleksja, o ile byłoby nam razem lżej, gdybyśmy się tak nie chowali w sobie, nie sznurowali gorsetów. Nie masz czasem potrzeby nawiązania kontaktu z ludźmi, których widzisz po raz pierwszy i pewnie więcej nie zobaczysz ? Powiedzenia im czegoś miłego ? Zdarza mi się zaczepić kobietę, żeby pochwalić jej płaszcz, torebkę, buty, często robię to wobec właścicieli psów, nawet samochodów, które są wyjątkowe. Gdybym zaczepiła Cię na ulicy okrzykiem : "jaki piękny płaszcz" i gdbybym się do Ciebie uśmiechała, poczułabyś się atakowana i pozbawiona godności ?
A teraz o tej pozie szczęśliwości Poppy. Nie uważam, że to sztuczne i wykreowane na pokaz, czemu miałaby to robić ?Ja jej nawet zazdroszczę. Wielu rzeczy, od faktu, że może żyć w kraju, w którym zatrudniają w szkołach nauczycielki w takim stroju ( ja tez chcę do pracy w czerwonych rajstopach !:P), przez optymizm, jaki jej towarzyszy nawet, gdy zdarza się coś fatalnego. Rower ? Tak, to okropne, też się zastanowiłam, żadnego malutkiego nawet "cholera", zero nerwów, ale może właśnie tak należy? To nie jest wyraz infantylizmu. Kiedy trzeba, Poppy jest poważna i skupiona, przestaje strzelać oczami. Ta scena z bezdomnym, rewelacja...Ona ma po prostu właściwe podejście do życia, brać na serio to, co jest tego warte, odpuścić, kiedy nie można nic poradzić, cieszyć się każdą chwilą, nawet kosztem niezrozumienia u takich osob, jak smutny księgarz, nieszczęśliwy instruktor.
W żadnym natomiast razie nie odebrałam filmu, jako feministycznej manify, dla mnie to rzecz bardziej uniwersalna, rodzaj szerszego przesłania. Będę chyba częściej to sobie oglądać, zwłaszcza kiedy skwaszona wrócę z pracy do domu i będę miała ochotę pokwękać nad brzydotą świata...:)
kocio
moremore, dzięki za wyrażenie tego zdania! Nie żebym chciał się kłócić o to, co reprezentuje sobą Polly, ale wydaje mi się, że oburzanie się jej zachowaniem, a tym bardziej oskarżenia o infantylizm, są zupełnie nietrafione. Niby fakty widzimy te same, ale interpretacja różna - i moim zdaniem reżyser dał wystarczająco wskazówek, żeby rozumieć Polly jako pewien wybór życiowy, a nie jako np. zdziecinniałą starą pannę.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook